index index sezon klub historia artykuły forum fanpage typer ksiazki kontakt
mapatop
Strona główna
Forum
Fanpage
Twitter
Archiwum newsów
Ostatnio na forum
Mapa strony
Regulamin

Dodaj do ulubionych
Startuj z JuvePoland


Drużyna
Mercato 2018/19
Piłkarz sezonu

Juventus
Terminarz
Lista strzelców
Lista kartek
Lista asyst

Serie A
Terminarz
Tabela

Liga Mistrzów
Terminarz
26.05.2005 13:32:57 | komentarzy: 8 | czytano: 5862 razy

Zamieszony poniżej tekst, jest drugim fragmentem książki napisanej przez Michela Platiniego "Moje życie jak mecz". Opiewa ona dwa rozdziały z tejże książki, w których Platini opisuje dzień 29 maja 1985 roku.

Moje życie jak mecz (cz.1) - Przeklęty stadion

Gra na pobojowisku

Jesteśmy wstrząśnięci i tak naprawdę nikt z nas nie ma ochoty do gry. Czekamy na oficjalny komunikat. To oczekiwanie jest nie do zniesienia. Decydujemy się wyjść na boisko, naprzeciw naszym kibicom, by zobaczyć na własne oczy, co się stało, a także kto wie, być może uspokoić rozpalone głowy. Z Boninim, Scireą i kilkoma innymi biegniemy w kierunku trybuny "Z". Heysel przypomina wulkan w momencie wybuchu. Święto i śmierć tworzą piekielny zgiełk. W końcu docieramy do tych, co się uratowali. Pełno rannych, zszkowanych ludzi. "Zemsta" - "Czerwoni zabili nasze żony i dzieci, zemsta!". Otaczają nas ze wszystkich stron, ukazując ogrom swojego cierpienia. Mam łzy w oczach. Moje proste, braterskie słowa pocieszenia i otuchy trafiają w pustkę. Cóż mogą znaczyć wobec ich tragedii? Trzymają mnie za ręce i zaklinają, byśmy nie grali. Chcą zaatakować wąski policyjny kordon, dzielący ich od Anglików i zemścić się. Boję się, że tak się rzeczywiście stanie, że oni z kolei przeistoczą się w dzikie bestie. Staram się więc spokojnie wytłumaczyć, dlaczego powinniśmy wybiec na boisko. To przecież jedyny sposób, by zapobiec dalszej tragedii. Przecież to my powinniśmy pomścić ofiary, na boisku, w szlachetnej rywalizacji - wszak to dla nas ponieśli śmierć.

Jedyne zapytanie, jakie sobie zadajemy, brzmi:"Jak można nie zagrać tego meczu?" I znajdujemy tylko jedną odpowiedź:" Jedynie gra może uspokoić rozgrzane do białości głowy". Kiedy wracamy do szatni, mam ciągle w uszach odgłos wołań tych, którzy otarli się o śmierć: Prosimy, błagamy, nie grajcie! To hańba! Są zabici! Nie grajcie!

Siedząc na ławce zaczynam się zastanawiać. I wiem, że musimy wybiec na boisko. To więcej niż konieczność. To nasz obowiązek. Jeśli mecz zostanie odwołany, poza bramami stadionu dojdzie do polowania między Włochami, pałającymi żądzą zemsty, i pijanymi Anglikami. Więc czyż nie lepiej, byśmy to my właśnie odgrywali rolę piorunochronu, by na nas skoncentrowała się ich obopólna pasja? To powinno pozwolić na uniknięcie następnej tragedii.

Nie możemy się skoncentrować. Zbulwersowany i wstrząśnięty Giovanni Agnelli opuszcza trybunę honorową i odlatuje do Turynu. Nie obejrzy meczu. Dla niego piłka przeżyła katastrofę, której skutki są nie do naprawienia. Rozmawiamy półgębkiem. Słowa bez treści. Przypominam sobie, że nasz kapitan, Scirea, czytał przez mikrofon spikera zredagowany naprędce tekst apelu, wzywający naszych kibiców do zachowania spokoju. A potem już Trappatoni mobilizował nas do spotkania. I do zwycięstwa. Zwycięstwa, które musimy i które chcemy zadedykować ofiarom.

Mecz rozpoczyna się z opóźnieniem godziny i 45 minut. Tak zadecydowali działacze UEFA. I przyznaję im rację. Po wybiegnięciu na boisku Anglicy i my niemal nie patrzyliśmy na siebie. Oni rozumieją nasz ból, my wiemy, że czują się pohańbieni. Mecz zostanie rozegrany. Przez 90 minut jego trwania radiowe komunikaty nawołują rezerwistów wojska do stawienia się w koszarach i do udania się przez bramy stadionowe. Krwawa arena staje się pole ograniczonym transzejami. Helikoptery, wydające złowrogi odgłos, ewakuują rannych do szpitali, a policja przygotowuje teren do gry, usuwając z boiska kibiców. Noc zapada na Heysel niczym zasłona z całunu.

Mecz odbył się więc i było to dobre spotkanie. Twarde, ale zgodnie z przepisami. Coś w rodzaju piłki nożnej pragnącej odzyskać swą godność. To dla nas, piłkarzy z Turynu i Liverpoolu, należał obowiązek zmazania hańby z jednych, uratowania honoru innych, rehabilitacji pamięci ofiar. Zagraliśmy mecz, którego piłka nożna nie może się wstydzić. Anglicy chcieli wykorzystać szansę, ale strzelając jedynego gola, zapewniłem nam zwycięstwo. Trofeum pojechało do Turynu. Wielokrotnie komentowano mój zwycięski gest po zakończeniu meczu. Nie był to gest radości. W ten sposób uwalniałem się od napięcia ostatnich godzin.

Nie było rundy honorowej. Pobiegliśmy w stronę trybuny i uklękliśmy przed nią, tłumiąc w sercach i duszy ból. Dziękowaliśmy w ten sposób włoskim kibicom, że zaufali nam i odrzucili myśl o krwawej zemście. Dziękowaliśmy im za to, że dotrwali z nami do końca meczu i że wygrali go wraz z nami.

Puchar Europy wręczał nam Jacques Georges, prezydent UEFA. Uroczyście, przed wejściem do naszej szatni. I tak dostaliśmy pamiątkowe medale. Nie było wiwatów ani rundy z pucharem w dłoniach. Tego wieczoru, 29 maja 1985 roku, nie było zwycięzców: tylko pokonani, którzy chcieli uratować twarz. Zwyciężeni: publiczność, dwie drużyny i futbol.


Źródło: Fragmenty książki Michela Platiniego "Moje życie jak mecz"
Przełożył: Krzysztof Wykrzkowski
Wyszukał i przepisał: DeeJay

Even | 29.05.2005 | 13:41:11
[']

Kitty | 30.05.2005 | 10:36:27
[*]


busiek956 | 10.07.2005 | 21:42:49
[*]


Wilku77 | 28.05.2006 | 15:18:40
[*]

focus90 | 10.10.2007 | 17:22:43
[*][*][*]

juventusiak_94 | 12.02.2008 | 18:45:12
(*)(*)(*)(*)(*);(

kobiel | 3.05.2008 | 10:42:05
Juve ponad życie! Szacunek [*]

aroninho11 | 16.12.2010 | 15:46:50
Ku pamięci zabitym... Każdy wie co ma zrobić. Nie chodzi tu o zemstę.


Aby móc komentować, musisz być zarejestrowany i zalogowany.

KSIĘGARNIA WYDAWNICTWA SQN JPDROID - JUVEPOLAND NA ANDROIDA

Znaki towarowe JUVENTUS, JUVE i logo Juventusu są własnością Juventus F.C. Spa, Turyn, Włochy.
The trade names and marks JUVENTUS, JUVE and Shield Device are the exclusive property of Juventus F.C. Spa, Turin, Italy.
Copyright (c) 1997-2019 JuvePoland -- Wszelkie prawa zastrzeżone