index index sezon klub historia artykuły forum fanpage typer ksiazki kontakt
mapatop
Strona główna
Forum
Fanpage
Twitter
Archiwum newsów
Ostatnio na forum
Mapa strony
Regulamin

Dodaj do ulubionych
Startuj z JuvePoland


Drużyna
Mercato 2018/19
Piłkarz sezonu

Juventus
Terminarz
Lista strzelców
Lista kartek
Lista asyst

Serie A
Terminarz
Tabela

Liga Mistrzów
Terminarz
Prasa polska
Prasa zagraniczna
Internet
Felietony
Wywiady
Biografie
Primavera
11.06.2005 11:24:50 | komentarzy: 0 | czytano: 1943 razy

Wywiad z Paolo Rossim tuż po zakończeniu przez niego piłkarskiej kariery.
Przyznam się, że dla mnie jest to zaskoczenie: piłkarz z taką sławą i osiągnięciami, po zakończeniu kariery zupełnie odchodzi od futbolu i zajmuje się na pozór czymś tak banalnym, jak prowadzenie firmy budowlanej...
Zgadza się, ale nie do końca. Owszem, jest współwłaścicielem firmy budowlanej w Vicenzie. Prowadzę ten interes od sześciu lat wspólnie z przyjacielem, Carlo Salvionim i ... nie narzekam. Piłką nożną nadal się jednak interesuję, bywam regularnie na meczach Lanerossi Vicenza, czasem nawet gram w oldbojach lub jakimś meczu pokazowym. Nie każdy były wielki piłkarz zostaje potem przy futbolu.
Ale nie zdobywca "Złotej Piłki" France Football i król strzelców mistrzostw świata!
A cóż to ma za znaczenie? Pewien rozdział w życiu się skończył i trzeba było stanąć przed dylematem: co dalej? Ze względów rodzinnych nie mogłem opuścić Vicenzy, a w dodatku miałem spore kontakty w branży budowlanej i postanowiłem to wykorzystać. Nie żałuje.
Łatwiej zarabiać na budownictwie niż grą w piłkę?
To oczywiście nie porównywalne. Na boisku jest się jednym z jedenastu ludzi, natomiast w firmie pracuje wyłącznie na własne konto. I to jest pasjonujące.
Cóż dla pana może być pasjonujące, dorobił się pan na futbolu takich pieniędzy, że teraz stać pana na ryzyko.
Ryzyko zawsze jest duże, zwłaszcza w tej branży. Budujemy przede wszystkim domki jednorodzinne, choć ostatnio myślimy o dużych biurowcach w okolicy Vicenzy i w kilku innych dużych miastach. Niedawno wróciłem z Kuby, gdzie omawiałem pewien bardzo duży kontrakt. Jeśli się uda, to powinniśmy podwoić obroty firmy. Niemniej kłopotów nie brakuje, gdyż najpierw trzeba pokryć koszty budowy, brać kredyty itd. Jednym słowem spotykam te same problemy, co każdy inny prowadzący taką działalność.
Odkąd zakończył pan karierę, uchodził pan za człowieka zamkniętego, odmawiającego wywiadów. Czyżby nie czuł się pan już postacią publiczną?
Postacią publiczną byłem kiedyś, teraz przyszedł czas innych. Dlatego, jeśli już mam rozmawiać o sobie, to w kontekście przeszłości, a nie teraźniejszości. A o moich piłkarskich dokonaniach mało już kto pamięta i mało kogo one interesują.
W Polsce jest pan pamiętany, zwłaszcza z mistrzostw świata w Hiszpanii, gdzie był pan wielką gwiazdą i najlepszym strzelcem imprezy. Potem była przecież era zwycięstw Juventusu z udziałem Polaka, Zbigniewa Bońka. Ale skoro woli pan rozmawiać o przeszłości, to może zacznijmy od pytania: jakim był pan piłkarzem?
Do takiej oceny uprawnieni są kibice i dziennikarze. Oni patrzą na grę z boku, wszystko widzą najlepiej. Ich ocena jest miarodajna. Ja jako piłkarz wykonywałem ściśle zadania taktyczne. Będąc napastnikiem musiałem znajdować się w odpowiednim momencie - w odpowiednim miejscu. Co by nie mówić, jest to podstawowym zadaniem każdego gracza tej formacji. To na niego się gra, to na niego pracuje cała drużyna. Problem polega na tym, aby tego wysiłku nie zmarnować. Nieskromnie powiem, że to mi się udawało. To jest właściwie cała moja ocena.
Jest pan człowiekiem, który na własnej skórze odczuł jak brutalne mogą być reakcję tłumu. Bo kiedy w 1978 roku w Argentynie zrobił pan niezwykłą furorę, strzelił cztery bramki, jednogłośnie był wybrany na odkrycie imprezy, a w plebiscycie FF zajął 4 miejsce - Italia pana kochała, nosiła na rękach. Po czym po aferze Toto Nero cała Italia od pana odwróciła się, znienawidziła. Jednak w 1982 roku pokochała pana na nowo, nadając przydomek "Boski Paolito". No właśnie, czy pokochała naprawdę?
Trudno mieć pretensję do kibiców, którzy przecież wiedzą jedynie tyle, ile przekażą im media. Toteż mam jedynie pretensję do ludzi, którzy kreowali mój obraz wobec tłumu, jak się pan wyraził Zarówno w tych dobrych, jak i złych chwilach powinien obowiązywać jakiś rozsądek. Nie chcę rozwodzić się nad aferą Toto Nero, bo do dzisiaj nie jest wyjaśnionych wiele jej okoliczności. Było, minęło. Mam tylko nadzieje, że już nikt nie zostanie w ten sposób skrzywdzony.
Myśląc o pana karierze mam wrażenie, że można podzielić ją jakby na dwa etapy: do momentu dyskwalifikacji i po niej, choć właśnie po odbyciu kary osiągnął pan najwięcej. Jednak mam wrażenie, że właśnie do 1980 roku pana rozwój był prawidłowy. Wszystko się układało bardzo dobrze i jakby według starannie ułożonego scenariusza. Grał pan aktywnie na całej szerokości boiska, prezentował dużą szybkość i nietuzinkową technikę. Jednak ta dyskwalifikacja zachwiała wszystkim. Po niej stał się pan zupełni inaczej grającym piłkarzem. Wolniejszym, jakby mnie uniwersalnym, zorientowanym jedynie na grę w polu karnym, nieco schematycznym.
Na pewno 1,5 roku nie grania w piłkę, kiedy mogłem jedynie trenować z rezerwami Juventusu, zrobiło swoje. Przeżyłem to ciężko, bo nie dość, że brakowało mi gry, a potrzebowałem tego, to jeszcze stałem się w oczach opinii publicznej kimś bardzo złym. Symbolem przekupstwa, oszustwa i nieuczciwości. Ta świadomość dokuczała mi najbardziej, zwłaszcza, że sam czułem się w to wszystko wrobiony, oszukany. Nie chcę się na ten temat rozwodzić, ale wielu ludzi po prostu wyrządziło mi dużą krzywdę. Nie przeczę, że te przeżycia odbiły się na późniejszej dyspozycji. Lecz czy byłem gorszy? Może sprytniejszy, bardziej doświadczony, ale nie gorszy. Po prostu bardziej wytrawny.
Czyżby? O przekupstwie i korupcji mówi się co jakiś czas, także we Włoszech. Na przykład taki klub jak Perugia co i rusz jest degradowany do klasy niżej właśnie za podejrzenia handlowania meczami. Jak pan myśli, jaki procent spotkań jest w tej chwili "ustawianych"?
To pytanie nie do mnie, a raczej do związku. Nikogo nie złapałem za rękę, niczego nie widziałem. Natomiast patrząc na mecz teraz, mam zastrzeżenia w niektórych co do sędziowania. Tyle mogę powiedzieć.
Tylko tyle i aż tyle... Porozmawiajmy o pana karierze na boisku. Mówiliśmy o pana występach w mistrzostwach świata w Argentynie, gdzie był pan rewelacją, podobnie jak cała drużyna Włoch. Zajęliście w prawdzie dopiero czwarte miejsce, ale zebraliście masę pochwał. Cztery lata potem byliście już najlepsi, choć za grę nie było już aż takich dobrych recenzji. Zatem który zespół był lepszy? Z którym pan bardziej się utożsamia?
Bez wątpienia ten z Hiszpanii '82. Właściwie poza nielicznymi wyjątkami był to ten sam zespół, tyle że w 1982 roku okrzepł, był bardziej doświadczony i mądrzejszy. Potrafiliśmy podnieść się z naprawdę dużych opresji i wygrywać mecze, w których nie dawano nam szans, jak choćby z Brazylią, Argentyną czy RFN. Graliśmy dobrą piłkę, dużo trudniejszą niż wielu innych uczestników turnieju i naprawdę wygraliśmy zasłużenie. A styl? Cóż, przy zespole Brazylii bledli wszyscy, my też, może dlatego takie wrażenie. Ale proszę sobie kiedyś obejrzeć na video nasze mecze, porównać je z dzisiejszymi i stwierdzić, na których pan się bardziej nudził. Ja jestem przekonany, że Mundial w Hiszpanii był najpiękniejszy i najbardziej widowiskowy z wszystkich dotychczasowych.
W Hiszpanii w pierwszych meczach pan nie błyszczał, dziennikarze mieli pretensję do Bearzota, że stawiał na pana. Co pan wtedy czuł?
Czułem, że muszę zaskoczyć, zagrać chociaż jedną dobrą połówkę, a wszystko będzie OK. Czekałem na ten moment i wierzyłem, że on przyjdzie. To było takie moje małe, prywatne zwycięstwo, bo przecież wcześniej nie brakowało momentów zwątpienia. Chciałem kończyć karierę, czułem się znienawidzony. Bardzo pomogła mi rodzina i spora grupa kibiców oraz przyjaciół, którzy byli przy mnie. To dla nich wróciłem.
Ten moment, o którym pan marzył przyszedł wtedy, kiedy nikt się tego już nie spodziewał. W pojedynku ze zdecydowanym faworytem mistrzostw - Brazylią. Strzelił pan wtedy 3 gole, dzięki którym Italia weszła do półfinałów, a o panu mówił cały świat.
To do dzisiaj wydaje mi się niesamowite. Przecież wszystko przemawiało za Brazylią, która uważam za najlepszą drużynę tamtego turnieju, a może i jedną z najlepszych w historii futbolu. My zaś mieliśmy "dzień konia", wszystko nam wychodziło. Była w nas jakaś niezwykła wiara w zwycięstwo, bo musieliśmy wygrać, a rywalom wystarczał remis. Te trzy gole to niewątpliwie największe wydarzenie w mojej karierze.
Tak, potem strzelił pan dwa gole Polsce, w półfinałach, a następnie jednego w finale. Został pan królem strzelców imprezy. Na pewno było to największe zwycięstwo. A porażki? Która, tych czystko sportowych, była największa?
Myślę, że jednak porażka w finale Pucharu Mistrzów w Atenach z Hamburger SV. Byliśmy stuprocentowymi faworytami, mieliśmy znakomity skład i ogromne szansę, aby na długo być królami Europy. Sami też nie wierzyliśmy, że można przegrać i osłabiliśmy naszą czujność. Ale Niemcy to jednak Niemcy. Zawsze walczą do końca, czasami jakby wbrew logice wszystko im się udaje i dlatego są tak dobrzy do dzisiaj.
A czy nie był pana klęską pobyt na Mundialu w Meksyku? Może zamiast siedzieć tam na rezerwie, powinien pan zostać w domu?
Pojechałem, bo czułem się potrzebny Enzo Bearzotowi. Wiedziałem jednak, że nie jestem w formie i nie ukrywałem tego przed selekcjonerem. On decydował i postawił na Altobellego. Nie pomylił się, Altobelli był bardzo dobry, chociaż odpadliśmy bardzo wcześnie. Ja nie żałuje pobytu w Meksyku, chociaż na pewno chciałem zagrać chociaż w jednym meczu. Nie mniej mam poczucie, że zrobiłem wszystko, by pomóc w powtórzeniu sukcesu sprzed czterech lat.
Nie powtórzyliście go. Czy to niepowodzenie było nieuniknione?
Sam się na tym zastanawiam. Mam wrażenie, że może za późno weszła do składu młodzież. My nie mieliśmy już takiego pragnienia sukcesu. Co tu dużo ukrywać, większość z nas była cieniem samych siebie. Natomiast młodzi grali dobrze, ale zabrakło im doświadczenia.
Rozmawiamy w czasie, gdy piłkarski świat znowu ekscytuje się wielkim Juventusem. Jak by pan porównał dzisiejszą drużynę z tą, w której pan był gwiazdą?
Trudne porównanie. 10 lat w futbolu to epoka. Wydaje mi się, że za moich czasów więcej było piłkarzy z charyzmą, nieobliczalnych, mogących w pojedynkę wygrać mecz. Dzisiaj wszystko oparte jest na zespołowości, nawet za cenę indywidualnych umiejętności zawodnika. Uważam, że to źle dla futbolu, no ale wszystko podporządkowane jest wynikowi. Ponadto była większa kontynuacja szkoleniowa, tzn. nie było takich rotacji. Obecny Juventus zmienia skład praktycznie co 203 lata, poza nielicznymi wyjątkami, tym czasem my graliśmy ze sobą dłużej, znaliśmy się na wylot. Zawsze wiedzieliśmy kogo na co stać, na boisku i poza nim. A teraz jest przede wszystkim suchy, zimny profesjonalizm, w którym coraz mniej miejsca na przyjaźń i koleżeństwo.
Czy widział pan w Juventusie piłkarza najbardziej pana przypominającego? A może jest taki w innej drużynie?
Jeśli miałbym kogoś wskazać, to chyba jest to Casiraghi, może jeszcze Otero z Vicenzy. Mój styl przypominał też bardzo Lineker, zafascynowany przede wszystkim zdobywanie bramek i Butragueno - król pola karnego. Wszystkich łączy technika użytkowa, błyskawiczny strzał z pierwszej piłki, intuicja w ustawianiu się. Jednak coraz ciężej znaleźć takich graczy, gdyż napastnik musi dzisiaj dużo biegać. W obecnym Juventusie najbardziej podoba mi się Boksic - gracz nowoczesny, szybki , robiący grę.
Miał pan wielokrotnie kontakty z polskim futbolem, że wspomnę choćby Zbigniewa Bońka. Zazwyczaj pan wygrywał, strzelał pan sporo goli. Jakie są pana wrażenia z tych konfrontacji?
Teraz już tak bardzo ich nie pamiętam, chociaż Bońka oczywiście doskonale znam i cenie do dzisiaj, choć boleję, że tak rzadko spotykamy się, a dzieje się to zazwyczaj podczas różnych meczów pokazowych. Natomiast zawsze wysoko ceniłem waszą reprezentację i wielkie indywidualności, jak choćby właśnie Boniek, Lato czy Żmuda. Zawsze graliście efektownie, z rozmachem. To się podobało.
A występy przeciw Widzewowi Łódź i Lechii Gdańsk pan pamięta?
Tak, w Łodzi graliśmy o wejście do finału PEMK i był to ciężki mecz. Zdaje się zremisowaliśmy, ale było ciężko. Trochę dziwię się, że obecnie o was nie słychać. Zniknęliście w sumie tak nagle, niespodziewanie. Ale po niedawnych meczach eliminacyjnych z reprezentacją mojego kraju wnioskuje, że coś w waszym futbolu drgnęło. Życzę wam sukcesów.

Źródło: Piłka Nożna (1997)
Rozmawiał: Andrzej Tomaszczyk
Wyszukał: DeeJay


Aby móc komentować, musisz być zarejestrowany i zalogowany.
KSIĘGARNIA WYDAWNICTWA SQN JPDROID - JUVEPOLAND NA ANDROIDA

Znaki towarowe JUVENTUS, JUVE i logo Juventusu są własnością Juventus F.C. Spa, Turyn, Włochy.
The trade names and marks JUVENTUS, JUVE and Shield Device are the exclusive property of Juventus F.C. Spa, Turin, Italy.
Copyright (c) 1997-2019 JuvePoland -- Wszelkie prawa zastrzeżone