index index sezon klub historia artykuły forum fanpage typer ksiazki kontakt
mapatop
Strona główna
Forum
Fanpage
Twitter
Archiwum newsów
Ostatnio na forum
Mapa strony
Regulamin

Dodaj do ulubionych
Startuj z JuvePoland


Drużyna
Mercato 2018/19
Piłkarz sezonu

Juventus
Terminarz
Lista strzelców
Lista kartek
Lista asyst

Serie A
Terminarz
Tabela

Liga Mistrzów
Terminarz
Prasa polska
Prasa zagraniczna
Internet
Felietony
Wywiady
Biografie
Primavera
18.05.2006 15:19:05 | komentarzy: 1 | czytano: 4383 razy

Tragedia w Brukseli

Piłka Nożna PLUS29 maja minęło piętnaście lat od jednej z największych tragedii w historii piłki nożnej. Przed spotkaniem finałowym o Puchar Mistrzów: Juventus -Liverpool, na stadionie Heysel w Brukseli, w wyniku ataku kibiców angielskich na Włochów śmierć poniosło 39 osób. Byłem na tym meczu...

Dobre serce RSW

Pracowałem wtedy w tygodniku "Piłka Nożna" i nigdy wcześniej nie widziałem na żywo europejskiego finału. Nie pamiętam nawet czy w dwudziestoletniej wówczas historii tygodnika ktoś wcześniej wyjeżdżał na finały. Może redaktor Mieczysław Szymkowiak, już wówczas senior naszej profesji, a może redaktor Jerzy Lechowski. Redakcja nie decydowała o swoich sprawach. Mieliśmy od tego Robotnicza Spółdzielnię Wydawczniczą. "Prasa - Książka - Ruch", której częścią była Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, grupująca prasę młodzieżową i sportową. Co "Sztandar Młodych" czy "Gazeta Młodych" straciły, to "Piłka Nożna" zarobiła, bo nas kupowało sto tysięcy kibiców, a ich nikt. Worek był jednak wspólny i jeśli redaktor naczelny Stefan Grzegorczyk nie wykłócił się, to nie mieliśmy do niego dostępu. Z punktu widzenia RSW, która przydzielała pieniądze na wyjazdy zagraniczne, finał rozgrywek o Puchar Mistrzów był wydarzeniem godnym wysłania dziennikarza. Ostatecznie RSW zrobiła coś charakterystycznego dla tamtych czasów - kupiła mi bilet lotniczy do Brukseli i z powrotem, nie dając grosza na utrzymanie. Mogłem przystać na takie warunki, albo zostać w Warszawie. Przystałem, nie mając świadomości w czym będę uczestniczył.
Nie byłem wyjątkiem. Razem ze mną leciał do Belgii Grzegorz Stański z oddziału Warszawskiego katowickiego "Sportu". Okazało się, że jesteśmy jedynymi polskimi dziennikarzami na finale. Trzecim Polakiem na stadionie był Zbigniew Boniek w barwach Juventusu. Gwoli prawdy, przed meczem spotkaliśmy jednak z Grzegorzem dwóch czy trzech kibiców z Gdańska, którzy od czasu meczu Juve z Lechią w 1983 roku, stali się kibicami turyńskiej drużyny.

Gbur Breitner i rodak Seroka

To był chłodny, ale suchy, wiosenny dzień. Kibice angielscy przylatywali na lotnisko Zaventem w tym samym czasie co włoscy, pozdrawiali się i każdy szedł w swoją stronę. Ale większość podróżowała koleją, promami i autokarami. Anglicy do Calais, Ostendy, Zeebrugge, Włosi pociągami przez Mediolan, Zurych, Bazyleę i Kolonię oraz autokarami przez Genewę, Nancy i Luksemburg. I jedni, i drudzy mieli dużo czasu, żeby się napić. Anglicy korzystali na promach w kanale La Manche z niższych cen alkoholi. Włosi byli w większości bardziej powściągliwi, tym bardziej że wielu z nich jechało z rodzinami. Kiedy już wszyscy dotarli do Brukseli, zmęczeni całonocnymi podróżami i spożytym piwem kładli się na trawnikach albo włóczyli po ulicach, nie wykazując większych chęci do bijatyk. Jakieś drobne sprzeczki w okolicach najbardziej uczęszczanego rynku Grand Place i figurki Manneken Pis, nie odbiegały od normy. Nic nie zapowiadało nieszczęścia.
Dziennikarze mieli zajęcie pod samego rana. Na godzinę 10:30 Liverpool FC i adidas zaprosili wszystkich na coctali do biura Loterie Nationale, przy ulicy Cardinal Merzeir 6. Okazją było podpisanie bodaj pięcioletniej umowy pomiędzy klubem a niemiecką firmą. Reprezentował ją prezydent Horst Dassler, w towarzystwie Paula Breitnera. Przedstawicielem Liverpoolu był między innymi słynny trener Bob Paisley. Wszyscy goście otrzymali repliki nowych koszulek Liverpoolu w dzicięcych rozmiarach. Czerwone, z reklamą Crown Paints na piersiach i trzema paskami, kończącymi się nietypowo, nie na rękawach, ale na ramionach. W takich samych Liverpool zagrał po raz pierwszy wieczorem. Ani klub, ani Horst Dassler nie mogli przewidzieć, że ten historyczny moment wplecie się w tragedię.
Coctail był okazją do spotkań z gwiazdami, znanymi z telewizji. Paul Breitner okazał się wyjątkowym gburem, zaś obecny tam Jean-Marie Pfaff, wówczas gracz Bayernu - człowiekiem wyjątkowo sympatycznym. Ze Stanisławem Gzilem, który był gwiazdą Beerschotu Antwerpia i belgijskiej ligi, wyściskaliśmy się jak z przyjacielem. Z tego coctailu zostało mi zaproszenie w kształcie piłki, z napisem Tango Adidas i treścią w pięciu językach, ozdobioną odznakami firmy oraz Liverpoolu.
Na kilka godzin przed meczem, na terenie wystawy światowej z roku 1958 (czyli obok stadionu Heysel), we wnętrzu słynnego Atomium odbyła się promocja firmy wydającej album "World Stars 1986" przed mistrzostwami w Meksyku. Była połączona z prezentacją kasety, nagranej przez popularnego w Polsce belgijskiego piosenkarza, który nazywał się Henri Seroka. Rozmawiał ze mną i Grzegorzem Stańskim po angielsku, wtrącając polskie słowa, ponieważ jego babka czy dziadek, nie pamiętam szczegółów, pochodzili z Polski. Na odwrocie oficjalnego programu napisał dedykację "Dla Pilka Nozna, Amities, Henri Seroka" i wyrysował śmiejącą się buzię. Nigdy tego nie zamieściliśmy w "PN", ponieważ atmosfera po meczu nie sprzyjała takim żarcikom.
Oficjalny program meczu miał mały format i składał się z 24 stron o typowej w takich przypadkach treści. Znalazły się w nim całostronicowe reklamy butów piłkarski firmy Power, Coca-Coli, Cinzano, JVC, McDonalda, Guinnessa - mającego status oficjalnego sponsora finału, Canona, Fuji Film prezentowanego przez Karla-Heinza Rummenigge, Camela oraz znanej dziś w branży komputerowej firmy Bull. Ale komputerów w biurze prasowym sobie nie przypominam. Dziennikarze otrzymali w prezencie nieduże, proste torby na ramię z reklamą Baty oraz trochę materiałów informacyjnych, pisanych zwykłej maszynie i odbijanych na powielaczu. Nasze karty prasowe, upoważniające do wejścia, niczym się nie wyróżniały. Trzymaliśmy je w rękach, jak zwykli kibice bilety. Dzisiejsze akredytacje, powiewające dumnie na szyjach, w tamtych czasach stosowano tylko na wielkich turniejach i igrzyskach.

Szarża Śmierci

stadion wszedłem przed godziną 18. mecz miał się rozpocząć o 20:15. Na ponad dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem trybuny zajęto w pięćdziesięciu procentach. Za bramkami było już tłoczno. Za prawą znajdowali się wyłącznie Włosi, za lewą - Włosi i Anglicy, podzieleni dla bezpieczeństwa wąskim pasem kibiców belgijskich. Wszyscy na miejscach stojących.
Tuż po 18 z sektora angielskiego zaczęto rzucać na Włochów kamienie i race. Na boisko wyszły drużyny trampkarzy. Widzów przybywało. Wzrastało napięcie. Wszyscy czuli, że coś wisi w powietrzu. Tragedia rozegrała się między godziną 19 a 19:30. Po "przygotowaniu artyleryjskim", czyli rzucaniu na Włochów dziesiątki rac i kamieni, nastąpiła szarża pijanych Anglików, uzbrojonych w wyrywane z ogrodzenia metalowe pręty. Belgijski bufor nie stanowił dla nich żadnej przeszkody. Staranowali go w kilka minuty, idąc dalej. Nieprzygotowani na atak kibice Juventusu, znaleźli się w pułapce. Uciekali w kierunku końca trybuny Z. Przed sobą mieli zamykający ją mur, po lewej stronie ogrodzenie, oddzielające od bieżni i boiska, po prawe z góry - wejścia, zablokowane przez wchodzących, a za sobą goniących z prętami i nożami oprawców, ubranych w czerwone koszulki Liverpoolu.
Kto miał szczęście, zdołał pokonać ogrodzenie i uciekł na boisko. Większość znalazła się w matni. Mur nie wytrzymał naporu setek ludzi. Runął z wysokości kilku metrów, pociągając za sobą dziesiątki ciał. Ci, którzy pozostali na trybunach, tratowali się wzajemnie. Policjantów było tylko 240, oczywiście nie przygotowanych na takie wydarzenia. Poprzez telewizję wzywano na stadion wszystkich policjantów mieszkających w Brukseli. Jechali w korkach, tworzących się wokół stadionu. Radiowozy i karetki sanitarne blokowały się nawzajem.

Kontuzjowany Puchar Mistrzów

Staliśmy na trybunie prasowej, nie zdając sobie sprawy z rozmiarów tragedii. Kiedy wyszedłem, aby przyjrzeć się z bliska, po chwili zrozumiałem, że nie mam żyłki fotoreportera, rejestrującego na kliszy śmierć. Zatrzymałem się przy francuskim dziennikarzy z przedziurawioną jakimś prętem nogą. Kiedy zabrali go sanitariusze - wróciłem na swoje miejsce. Kilka minut później osunął się koło mnie inny dziennikarz, z Irlandii lub Malty. Lekarze przybiegli z noszami po dwóch minutach. Z atakiem serca zabrali go do szpitala.
Kibice z trybuny "włoskiej" chcieli mścić się za rodaków, pokonując wysokie ogrodzenie i biegnąc przez boisko na przeciwległą trybunę. Zatrzymała ich policja, ale znowu po walkach. UEFA postanowiła, że mecz, choć z opóźnieniem, zostanie rozegrany. Do Włochów wyszli z apelem o spokój piłkarze Juventusu, a Gaetano Scirea przemawiał do nich przez stadionowe megafony. Mecz odbył się, Juventus wygrał 1:0 po golu Michela Platiniego z karnego, za faul na Bońku, popełnionym przed polem karnym. Przepchnęliśmy się z Grzegorzem Stańskim pod szatnię. Boniek dał nam potrzymać strasznie poobijany Puchar Mistrzów. Nikt z nas nie czuł się dobrze.

Bilans tragedii

Zginęło 39 osób. Najstarsza miała 58 lat, a najmłodsza 11. Nazajutrz, kiedy szliśmy przez miasto z mieszkającym wtedy w Brukseli reżyserem Januszem Kijowskim, ostatni włoscy kibice nawymyślali nam od "angielskich skurwysynów". Nawet nie protestowaliśmy.
Rok później, podczas mistrzostw świata, oglądałem mecz Urugwaj - Szkocja, w Nezahualcoyotl. Było sporo wolnych miejsc w loży prasowej, więc obok nas posadzono sędziów. Dosłownie obok mnie zajął miejsce 45-letni Szwajcar Andre Daina, który był arbitrem meczu na Heysel. Zaczęlismy rozmawiać, ale nie trwało to długo. Po kilku minutach stracił przytomność, uderzył głową w pulpit. Teraz ja wzywałem lekarzy. Dainę odwieziono do szpitala z ciężkim atakiem serca. Przeżył, ale przestał sędziować. Tak się dla mnie skończyło Heysel - po roku, w Meksyku...
Scirea spalił się w samochodzie na polskiej drodze koło Babska, w roku 1989. Platini był szefem komitetu organizacyjnego mistrzostw świata we Francji, a Boniek został wiceprezesem PZPN. Stadion Heysel został przebudowany. Nadano mu imię zmarłego króla Belgów - Baudouina.


Autor: Stefan Szczepłek
Wyszukał: DeeJay
Źródło: Archiwalne numery Piłki Nożnej Plus, rok 2000

jarmel | 20.05.2006 | 11:19:08
O tym wydarzeniu, każdy kibic (obojętnie jakiej druzyny) nie powinien nigdy zapomniec! Ogromna tragedia, za każdym razem gdy o tym czytam aż mnie coś w sercu ściska.



Aby móc komentować, musisz być zarejestrowany i zalogowany.
KSIĘGARNIA WYDAWNICTWA SQN JPDROID - JUVEPOLAND NA ANDROIDA

Znaki towarowe JUVENTUS, JUVE i logo Juventusu są własnością Juventus F.C. Spa, Turyn, Włochy.
The trade names and marks JUVENTUS, JUVE and Shield Device are the exclusive property of Juventus F.C. Spa, Turin, Italy.
Copyright (c) 1997-2019 JuvePoland -- Wszelkie prawa zastrzeżone