index index sezon klub historia artykuły forum fanpage typer ksiazki kontakt
mapatop
Strona główna
Forum
Fanpage
Twitter
Archiwum newsów
Ostatnio na forum
Mapa strony
Regulamin

Dodaj do ulubionych
Startuj z JuvePoland


Drużyna
Mercato 2018/19
Piłkarz sezonu

Juventus
Terminarz
Lista strzelców
Lista kartek
Lista asyst

Serie A
Terminarz
Tabela

Liga Mistrzów
Terminarz
Prasa polska
Prasa zagraniczna
Internet
Felietony
Wywiady
Biografie
Primavera
9.03.2009 13:21:57 | komentarzy: 12 | czytano: 5582 razy

Wywiad z Massimo Lazzarinim

Łuk. Płyta boiska tuż-tuż, na trybunie falują flagi, coraz wyraźniej słychać pierwsze dźwięki bębnów. Jak zawsze, dzisiaj też mam ze sobą swój szalik – ten sam od lat. W końcu zawieszony zostaje spory transparent, a chłopaki zaczynają śpiewać. Brakuje już naprawdę niewiele, zapach przekąsek i napojów staje się coraz bardziej intensywny. Stadion jest już prawie pełny, a łuk zaczyna wrzeć. Dźwięki bębnów i oklaski jednomyślnie odliczają czas. Słychać krzyk, wspólny chór rozśpiewanych gardeł. Moja ukochana drużyna strzela, moje serce bije jak oszalałe, do nieba wznosi się ryk a na trybunach panuje szaleństwo. Szczęśliwy ściskam tego, kto stoi obok mnie, krzyczę, śpiewam i wznoszę ku niebu mój szalik – ten sam od lat. Jestem w prawdziwej euforii, adrenalina na najwyższym poziomie. Mecz się kończy, ale my dalej śpiewamy, a nasi mistrzowie podbiegają do nas, by przybić z nami „piątkę”. Z pewnością dzisiaj wygrałem i ja!

Świat Ultras: pasja, duma i oddanie. Historia łuków okupowanych przez kibiców Juventusu bez wątpienia jest pełna satysfakcji i chluby. TuttoJuve przeprowadziło wywiad z Massimo Lazzarinim, historyczną twarzą łuków Juve i wielką osobistością w jednym. Przed nami długa opowieść Massimo o kibicach, od korzeni począwszy, przez grupy Vecchia Guardia i Irriducibili po wojny grup i procesy z Luciano Moggim w roli głównej. Fascynująca opowieść o pasji i miłości do klubu wyśpiewanej głosem Massimo Lazzariniego.

Początek historii
Początek mojej przygody w roli kibica Juventusu sięga naprawdę daleko. Pierwszym meczem Juve, jaki obejrzałem na stadionie, były derby. Byłem wtedy jeszcze smarkaczem, ale mój ojciec zaczął zabierać mnie ze sobą na Comunale, żeby obejrzeć poczynania Starej Damy. To była prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia. Od tamtej pory zacząłem żyć życiem kibica, który pełen oddania i miłości do klubu organizował i zarządzał kibicowaniem z łuku Filadelfia.
Kiedy zacząłeś brać udział w zorganizowanym kibicowaniu?
W życie Ultras wszedłem już w wieku dorosłym – po wielu latach w roli obserwatora, w 1989 roku, pod koniec ostatniego roku Comunale, zdecydowałem, że stanę się częścią tego świata i razem z bratem założyłem grupę, nazywaną Highlander. W następnym już sezonie nasze początki na Delle Alpi były tylko pozytywne: razem z innymi, dzięki naszym dotychczasowym znajomościom, szybko dostaliśmy miejsce na drugim poziomie Sud i od tamtej pory okupowaliśmy ten teren z naszym transparentem, w towarzystwie dotychczasowych grup Fossa Dei Campioni, Caos i Drughi. W pierwszych miesiącach naszej aktywności uczyniliśmy łuk dużo bardziej innowacyjnym: pierwsze fontanny z papieru toaletowego i pierwszy dym z trybun to dzieło moje i mojego brata.


Massimo Lazzarini
Od Highlander do Irriducibili…
Po kilku miesiącach wspólnej walki u boku moich towarzyszy otrzymaliśmy propozycję od grupy Vecchia Guardia, reprezentowanej wówczas przez Lukę Dardo, który zaprosił mnie do wejścia w poczet członków jego zespołu, by koordynować pracę całej grupy.
Czy to oznacza, że twoja dobra praca szybko została doceniona?
Ewidentnie tak, i mówię to z prawdziwą dumą. Zachwycony ofertą zacząłem pracować z Vecchia Guardia. Kibice tej grupy mieli swoją własną historię (ewolucja z Indians, grupy kibiców, którą podziwiałem jeszcze za czasów Comunale i Filadelfii), ale z naszym przybyciem do niej Vecchia Guardia przeszła prawdziwą, imponującą przemianę. Śmiało mogę powiedzieć, że były to złote lata. W ciągu kolejnych lat, aż po rok 1994 (rok podziału grup), Vecchia Guardia zmieniła się chyba najbardziej, stając się grupą szanowaną zarówno na własnym terenie, jak i na wyjazdach. Nasz sposób kibicowania wyraźnie odcisnął wyjątkowe piętno na kartach historii tifosich. Rozpoczęła się era pierwszych flag i wielkich sektorówek, którymi upiększaliśmy sektory, oraz świetnych opraw przy użyciu różnorakich flar. Łuk stał się miejscem prawdziwej imprezy, w której każdy mógł uczestniczyć, ale do której nikt nie był z drugiej strony zmuszany. Rozpoczęliśmy bez wątpienia zupełnie nowy w tamtych czasach styl kibicowania. Byliśmy świetną grupą wyjątkową i z ogromnym potencjałem.
O powrocie Fighters, finale w Rzymie w 1996 roku oraz końcu Vecchia Guardia…
Fighters, historyczna grupa kibiców z lat 70., rozwiązana po tragedii na Heysel, w 1994 roku powróciła na trybunę w nieco innym składzie osobowym i z nieco innymi ideologiami. W pierwszych latach współpracy na łuku panował pokój, ale przy okazji finału w Rzymie w 1996 roku Fighters podjęli decyzję o zajęciu całego łuku siłą. W związku z tym grupa, na której czele stał Claudio Toia, zagarnęła wtedy na Olimpcio wszystkie transparenty i mimo mojego ostrego sprzeciwu Fighters objęli władzę nad całym łukiem.
Z popiołów Vecchia Guardia i wielkiego niezadowolenia narodzili się wówczas Irriducibili…
Dokładnie. Prawdziwi ultras, którzy kochali swoją drużynę i podążali za nią, nie składając broni i nie poddając się mimo pewnych zmian na trybunie. Przez sześć miesięcy oglądaliśmy razem z moimi towarzyszami, co dzieje się na trzecim poziomie trybuny i szczerze mówiąc, nie było to nic nadzwyczajnego. Ich oprawy były co najmniej ubogie, tak samo jak i ich kibicowanie. W związku z tym, stłumiwszy rozdźwięki i wojny międzygrupowe, w 1997 roku zdecydowano o założeniu Juventus Club Pegaso na via Pianezza. Celem tego przedsięwzięcia było zjednoczenie wszystkich grup kibiców Bianconerich, nie wykluczając nikogo. Klub zdołał zebrać większą część kibiców z łuku (ku niezadowoleniu wszystkich grup, które nie uczestniczyły już dłużej w oficjalnym kibicowaniu) przede wszystkim starych Irriducibilich, Caos, Drughich i Tonego Acanfory na czele. I to właśnie Pegaso, znany wszystkim piłkarzom tamtych lat, który mógł liczyć na obecność ponad stu osób na każdym meczu, stał się swego rodzaju odskocznią do założenia grupy, w której mogliśmy kibicować z własnymi chorągwiami, uwalniając się spod monopolu Fighters. Po serii zebrań i narad zdecydowaliśmy się przywrócić do życia grupę Irriducibili. Stąd też przy okazji meczu z Parmą przenieśliśmy się na Curva Nord, gdzie umieściliśmy swój transparent: "Irriducibili Curva Nord”. Zaczęliśmy pokazywać nowe bannery i kolory diametralnie odmienne od Fighters (czarny na białym, zamiast biały na czarnym), celowo i strategicznie manifestujące nasze oderwanie się od monopolu Curva Sud. Trwało to dobre cztery lata, w trakcie których Irriducibili stali się niekwestionowanymi liderami na poziomie zarówno starć jak i choreografii kibicowania. Jechaliśmy do wielu włoskich miast "by rozwalić wszystko". W Wenecji dosłownie zafundowaliśmy prysznic tamtejszym kibicom, zmuszając ich do ucieczki… Byliśmy naprawdę rozbestwieni!
Co masz na myśli mówiąc o "innowacji" czy o "nowym stylu życia na łuku"?
Zanim pojawiliśmy się my, chór kibiców wspierał tylko jeden bęben, do tego niektóre śpiewane melodie słychać było przez megafon. Z tego choćby punktu widzenia nasze nadejście zrewolucjonizowało scenę kibiców ultras. Na naszym łuku głosy Irriducibilich wspierało 50 bębnów, do tego używaliśmy nagłośnienia z mikrofonami bezprzewodowymi, które wzmacniały śpiewy kibiców. Poza tym zdobyliśmy trofeum "Telecom" i sprawiliśmy, że centrum łuku wręcz tętniło życiem dzięki naszym oprawom. Pisały o nas dzienniki, te specjalistyczne i te amatorskie. Stacje telewizyjne, włoskie i zagraniczne, chętnie pokazywały nasze oprawy przy okazji wielkich wydarzeń. Propagowaliśmy wolność, którą nie sterowała żadna polityka, ale zdrowy styl kibicowania ultras. Ludzie mogli śpiewać, ale nikt ich do tego nie zmuszał.
Przyczyna rozpadu Vecchia Guardia?
W dwóch słowach? Luciano Moggi. W tamtych czasach mieliśmy jeszcze kontakt z kierownictwem klubu: mogliśmy z nimi rozmawiać, prowadzić dyskusje i dostawaliśmy bilety dla tych z nas, którzy wchodzili na stadion trzy kwadranse wcześniej, by przygotować łuk do oprawy. W pewnym momencie, w wyniku zazdrości, może jakiegoś spisku, relacje między klubem a Irriducibili się popsuły, po czym legła w gruzach wszelka pomoc w kibicowaniu na poziomie, zarówno z punktu widzenia organizowania opraw, jak i biletów dla przygotowujących oprawy. Wtedy właśnie rozpoczęła się wojna z kierownictwem klubu, oparta na sporach, niewybrednych przyśpiewkach i manifestacjach przed siedzibą klubu i przed boiskami treningowymi.
Ale takie zachowanie było chyba zarezerwowane dla ludzi z innego łuku…
W żadnym wypadku. Na początku mieliśmy dobre relacje z triadą. Pamiętam, kiedy spotkaliśmy się z nimi w którąś Wigilię, przy wspólnym posiłku z Moggim, Giraudo i Bettegą. Przy tej okazji rozmawialiśmy o planach dotyczących pracy kibiców na łuku. Kiedy gdzieś w końcu zabrakło zaufania wobec nas, wszystko legło w gruzach. Zaczęliśmy być atakowani przez służby porządkowe i dostawaliśmy ostrzeżenie za ostrzeżeniem. Klub wydawał różne specyficzne rozporządzenia, mające na celu wykurzenie nas raz na zawsze. W taki właśnie sposób grupa się po prostu rozproszyła. Wojna ta sporo mnie kosztowała. Pomijając już fakty związane z biletami, Moggi kosztował nas jeszcze więcej. Wiedzieliśmy, że coś jest nie tak i niedługo później przez niego wpadłem w ręce policji. Doszło do procesu związanego z protestami przy boiskach treningowych Comunale, po czym mnie i moich kolegów uznano za winnych i obciążono nas grzywną w wysokości 850 milionów lirów przez UEFA. Skończyłem dosłownie na bruku. Do tego czasu czułem się dobrze, miałem dwa samochody i opiekowałem się jednym z lokalnych supermarketów. Potem straciłem prawie wszystko. Ostre spory z Luciano kosztowały mnie siedem procesów i wiele wyroków. Skonfiskowano mi wiele dóbr, zabrano mi dom, przez co musiałem przeprowadzić się do przyczepy kempingowej…

Przejdź do części II


Autor: Marco Spadavecchia
Źródło: www.tuttojuve.com
Przetłumaczył: mnowo

krystiank | 10.03.2009 | 12:34:46
oni to powinni strajk zrobic za tym by Secco odszedl i RAnieri ;]

rh | 10.03.2009 | 12:44:09
wciaz nie moge pojac co wy macie do Ranieriego. pewnie sami nie wiecie tylko klapiecie dziobem aby tylko klapac. ale mniejsza o to

zawsze mi sie wydawalo ze Irriducibili to ultrasi Lazio....


deszczowy | 10.03.2009 | 12:45:04
"Zaczęliśmy pokazywać nowe bannery i kolory diametralnie odmienne od Fighters (czarny na białym, zamiast biały na czarnym)"- może to głupie pytanie... ale jak oni to odróżniali?

Kicek7 | 10.03.2009 | 13:48:52
A jak czytasz teraz mój post? Czarne na białym, czy białe na czarnym? :) Tak trudno to odróżnić? :P

Il Storico | 10.03.2009 | 14:09:23
Fajny wywiad. Szkoda, że tak źle skończył;/

mnowo | 10.03.2009 | 14:09:25
@deszczowy: A oglądałeś Madagaskar 2? :D
@Il Tifoso: Wywiad trwa dalej... niedługo część II ;)


Drugo ufficialmente | 10.03.2009 | 14:55:18
Jestem więcej niż pewny, że na dzień dzisiejszy jest członkiem grupy Bravi Ragazzi.

Pawełek | 10.03.2009 | 14:59:48
rh@: Też mi się tak wydawało...

Ciekawy wywiad ;) Z ciekawością czekam na kolejną część :)


Bart_DB | 10.03.2009 | 17:38:12
We Włoszech Laziale z Irriducibili nie są raczej za ultrasów brani obecnie, przynajmniej tak mi się wydaje. Przez swoją komercjalizację ponoć mieli zatracić ultrasowskiego ducha.

deszczowy | 10.03.2009 | 18:53:21
@mnowo: ani pierwszej, ani drugiej części nie widziałem :P

Maly | 11.03.2009 | 12:04:50
a może jakaś fotka tego przesławnego szalika?

kornknot | 15.03.2009 | 12:16:28
@deszczowy:
to jest czarny na białym
a to biały na czarnym



Aby móc komentować, musisz być zarejestrowany i zalogowany.
KSIĘGARNIA WYDAWNICTWA SQN JPDROID - JUVEPOLAND NA ANDROIDA

Znaki towarowe JUVENTUS, JUVE i logo Juventusu są własnością Juventus F.C. Spa, Turyn, Włochy.
The trade names and marks JUVENTUS, JUVE and Shield Device are the exclusive property of Juventus F.C. Spa, Turin, Italy.
Copyright (c) 1997-2019 JuvePoland -- Wszelkie prawa zastrzeżone